Ta strona używa plików Cookie. Korzystając z tej strony zgadzasz się na umieszczenie tych plików na twoim urządzeniu
Kontarst
Rozmiar czcionki
| |

Najnowsze galerie

Zobacz też

Starostwo Powiatowe w BrzeskuBiuletyn Informacji PublicznejKuratorium Oświaty w KrakowieUniwersytet Pedagogiczny w KrakowieUniwersytet Papieski w Krakowiedeklaracja-dost.jpgCentralna Komisja EgzaminacyjnaOkręgowa Komisja EgzaminacyjnaOśrodek Rozwoju Edukacji

Social Media

Facebook 

Szkoła Dialogu

Znak Jakości



Wspomnienia z brzeskiego Liceum – Sabina Jakubowska

Do Liceum Ogólnokształcącego w Brzesku chodziłam w latach 1989-1993. A właściwie -  jeździłam na rowerze. Mieściło się ono wtedy w budynku, który dziś należy do szkoły „Dwójki”. Byliśmy pierwszym rocznikiem, który miał się uczyć w nowym miejscu.

Ale najpierw trzeba było się tam dostać. W owym czasie uczniowie zdawali egzaminy wstępne do szkół średnich. Odbywały się w szkole, do której się aspirowało – czyli wówczas w Pałacu Goetzów. To było przejmujące, staliśmy na parterze tego przepięknego, drewnianego hallu, nie wiedząc, na co najpierw patrzeć? – na wspaniałe schody, przeszklony sufit, czy może na nieco przytłaczające obrazy? Staliśmy więc, zagubieni, słuchając ogłoszeń nieznanych nam profesorów na temat przebiegu egzaminów. Z galerii otaczającej hall na piętrze patrzyli na nas z góry starsi koledzy, licealiści, którzy wtedy mieli normalne lekcje. Nie zapomnę tej atmosfery, której doświadczyłam przez kilka dni egzaminów. Posmak przygody, tajemniczości, wolności emanującej z tego miejsca.

Gdy we wrześniu rozpoczęliśmy naukę w nowej szkole, gdzie korytarze były szerokie i puste, bo jeszcze nie osiadły na nich emocje uczniowskie, słyszeliśmy nieraz westchnienia starszych roczników, że nie było to jak w pałacu. Współczułam im tej straty. Ale my zaczynaliśmy szkołę średnią. To było wystarczająco stresujące. Nowe miejsce - na cztery lata. Nowi nauczyciele. Nowi koledzy. Nauka na zmiany. Popołudnia w szkole. Zachody słońca widziane z okien klas. Późne powroty do domu. W ciemności.

Uczyłam się w klasie humanistycznej. Przedmioty ścisłe były u nas nieco mniej wyśrubowane, niż to miała klasa matematyczna albo biologiczno-chemiczna, ale za to język polski i łacina z profesor Kalinowską, to było coś. Wielkie wyzwanie. Niedługo później zrozumiałam, że to także wielka przyjemność. Raz w tygodniu pisaliśmy w domu wypracowania z języka polskiego na zadany temat. Wkrótce odkryłam, jakie to jest uwalniające, pisanie - gdy ma się zaufanie do nauczyciela. Kiedy się wie, że ocenione zostaną błędy merytoryczne, stylistyczne, ale nigdy – ja, moje myśli. Bardzo to doceniam.

Łacina naprawdę mi się w życiu przydała, natomiast informatyka – nie. W owym czasie przedmiot ten polegał na pisaniu w zeszytach bardzo długich komend, które należało wpisać w komputery, aby żółw maszerował po ekranie. Większość czasu czytałam pod ławką. Był to rok, w którym odkryłam Tolkiena.

Nasza klasa była zdominowana przez dziewczyny. Fajne dziewczyny. No i miałyśmy fajnych czterech kolegów. Ludzie w mojej klasie pochodzili z różnych miejscowości, z Brzeska, gminy i powiatu. Poznawaliśmy też osoby z innych klas, rówieśników i tych starszych. Dla nieśmiałych to było trudne. Czyli dla mnie, wtedy.

Ale czasem coś zaiskrzyło od razu. Na przykład gdy poznałam Baśkę Hauben. Tematów by nam nie brakło choćbyśmy gadały non stop tygodniami. Ale byłyśmy w szkole, gdzie naprawdę podczas lekcji panowała cisza, dyscyplina. Czy nastolatki potrafią czekać, by opowiedzieć coś przyjaciółce? Oczywiście, że nie. Pisałyśmy do siebie całymi godzinami, a koleżanki i koledzy cierpliwie przekazywali sobie naszą pocztę na drugi koniec klasy, bo Baśka na początku siedziała z przodu przy drzwiach, a ja – po przekątnej, w ostatniej ławce pod oknem, aż wreszcie wszyscy mieli już dość i powiedziano nam wprost, usiądźcie wreszcie razem. Dokonały się niezbędne roszady i Baśka od tamtej pory siedziała ze mną. Pisałyśmy dalej, tylko teraz łatwiej było sobie podać wiadomości. Nie miałyśmy pojęcia, pisząc o książkach, chłopakach, o trasach turystycznych w jakie się wybierzemy, i o życiu, że oto właśnie szlifujemy warsztat, bo obie staniemy się pisarkami. Kiedy się idzie po edukację, człowiek zawsze się czegoś nauczy, choć niekonieczne tego, po co przyszedł.

Najcenniejszym doświadczeniem okazał się dla mnie samorząd uczniowski. W trzeciej klasie nastąpiła zmiana podziału godzin, mieliśmy na rano i trzeba było się nauczyć uroków oglądania wschodów słońca z klasy szkolnej. Doznałam olśnienia. Zrozumiałam, że nieśmiałość nie pozwoli mi osiągnąć celu, chciałam się dostać na archeologię. To marzenie sprawiało, że serce biło mi szybciej. Ale oprócz zdania matury czekały mnie egzaminy wstępne: pisemne z historii i języka niemieckiego, i ustne z historii, geografii i zadanych lektur archeologicznych. Jak zdołam przed kilkuosobową komisją profesorów UJ zaprezentować moją wiedzę? Jak mam zwalczyć nieśmiałość? Wiem. Zgłoszę się do samorządu szkolnego. Przyczaję się przy ścianie jak szara myszka i nauczę się od ogarniętych społecznie ludzi, jak sobie radzić. Jednak los chciał inaczej. Zostałam wybrana na marszałkową szkoły. W dniu, gdy razem z marszałkiem - nazywaliśmy go James, bo był nieco podobny do młodego Jamesa Hetfielda, a to był przecież czas, gdy na każdym bloku na Ogrodowej w Brzesku były nagryzmolone napisy „Metallica”, „Sepultura” lub „Slayer” – zostaliśmy wezwani na środek sali gimnastycznej, narzucono nam na ramiona togę marszałków szkoły i wręczono mikrofony z poleceniem – „idźcie, podziękujcie swoim wyborcom”. Ach, jak trzęsły się ręce. W szkole było wtedy około 600 uczniów. Nikt nie wygwizdał, nikt nie wyśmiał. Cenne doświadczenie. Powoli uczyłam się sprawczości, mówienia do ludzi, patrzenia im w oczy. Ten rok był dla mnie jednym z najważniejszych doświadczeń w życiu. „Mój” samorząd miał 10 osób. Baśka była przy mnie i Agnieszka, a reszta to faceci, James, Szmel, Madej. Moi kumple, bardzo kreatywni, z wielkim urokiem osobistym, i ich tak inny punkt widzenia na wszystko. Zebrania samorządu pod opieką pani Trunów. Związane jest z tym wiele smacznych historii, których nie powierzę dzisiejszej opowieści. Ten czas był dla mnie kształcący także z innego powodu. Byłam – i pozostałam – stuprocentową abstynentką. Nigdy nie doświadczyłam ostracyzmu z tego powodu. Stereotypy mówią, że młodzież potrafi bawić się tylko pod wpływem alkoholu czy innych środków. Że niektórzy sięgają po nie, aby nie być wykluczonym. A jednak niekoniecznie. Wszystko jest kwestią wierności sobie. Jeśli pewne wybory są autentyczne, ludzie to uszanują.

Zależało mi, żeby w szkole dużo się działo. Żeby to było miejsce, gdzie chce się przychodzić. Były różne szalone pomysły. Na przykład Hyde Park, czyli tablica samorządowa z przypiętym szarym papierem, takim najtańszym, i długopis na sznurku. Ludzie mogli publicznie pisać, co chcieliby zmienić w szkole. Na każdym egzemplarzu pisałam dużymi, drukowanymi literami, że wolność słowa bez wulgaryzmów. Parę razy widziałam, jak dyrektor pilnie czyta te uczniowskie propozycje.

Szkolne zabawy taneczne, organizowane przez samorząd w piwnicach szkolnych czyli korytarzu przy szatni, nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwałby dyskotekami. To były po prostu POTUPANKI, królował na nich metal, punk i polski rock. Samorząd pobierał tytułem wstępu niewielkie kwoty, które można było potem wykorzystywane na cele szkolne, np. zorganizowaliśmy wybory Mistera szkoły, otrzymał on przepiękny krawat i kapelusz. Kompletnie nie pamiętam, co dostała Miss. W kolejnym roku zwycięzców plebiscytu uhonorowano „dożywani darmowy bilet wstępu na Potupanki i płyty zespołu Guns N” Roses.

Życie towarzyskie toczyło się na korytarzach, także w szatni, gdzie było tak szaro i przygnębiająco, wśród wydzielonych metalową kratą boksów. Przeprowadziliśmy więc wielką akcję szkolnego graffiti. Wszyscy chętni na kawałek ściany musieli przedłożyć projekt do akceptacji dyrekcji i samorządu, potem odbyło się wielkie malowanie. Te malunki zdobiły ściany jeszcze przez kilka lat.

Najbardziej ekologiczną akcją była „bitwa o stojaki” na rowery. Rzecz w tym, że wcale ich nie było. Uczniowie opierali rowery o ziemne terasy przed wejściem do szkoły. Rada rodziców długo nie wierzyła, że jest to sensowny wydatek. Dużo rozmów było potrzeba, ale udało się. Zamówiono u ślusarza kilka stojaków. Już wkrótce wokół wejścia do szkoły stały dziesiątki rowerów, zamawiano nowe stojaki. Uczniowie jeszcze wtedy nie przyjeżdżali do szkoły swoimi samochodami. Pierwszy był Paweł z naszej klasy, który sam sobie poskładał swego pierwszego mercedesa.

„Samorząd i przyjaciele” stał się bardzo szeroko rozumianą aktywnością międzyklasową, w której ludzie brać udział. Dzięki temu możliwe było wiele dobrego, np. koncert zespołu „Pod Budą” na sali gimnastycznej. Ale i w klasach działy się ciekawe rzeczy. Jest tyle wspomnień, anegdot, imion, które mogłabym wymienić. Nasza klasa. Niezapomniane lekcje historii, fizyki, geografii, historii sztuki. Teksty – nasze i nauczycieli – pamiętane, jakby to było wczoraj. Życie – bez telefonów komórkowych, bez sztucznej inteligencji, takie po prostu intensywne życie nastolatków, ważniejsze niż nauka, która przecież była wymagająca i traktowana serio.

Wycieczki klasowe. Podczas wycieczki do Wrocławia ledwie zmieściliśmy się do autobusu starego typu (tzw. „Ogórek” lub „Mydelniczka”), nie wszystkie okna miały szyby, nie wszyscy uczniowie mieli miejsca na fotelach, rotacyjnie siadywaliśmy też na podłodze, ale każdy z nas miał na kolanach zeszyt do polskiego, ponieważ polonistka, która miała nami półroczne zastępstwo, zadała nam pisemną analizę stu bajek Ignacego Krasickiego (Każdy – sto!). Z kolei wycieczka do Zakopanego jak nic innego zintegrowała naszą klasę oraz wychowawczynię, panią Woszczynę, doświadczyliśmy bowiem złośliwości i trudności od gospodarzy kwatery i jednoczyliśmy się, by przetrwać. Natomiast wycieczka w Bieszczady, której przewodnikiem była Baśka, zapisała się cudownym wspomnieniem złotej jesieni. I jeszcze leniwa wycieczka do ośrodka harcerskiego w Piaskach-Drużkowie koło Czchowa. Pięć dni opalania się w maju. Spacery i pływanie promem do Czchowa na lody oraz mrożone truskawki.

Niektórzy z nas mieli możliwość uczestniczenia w wymianach uczniowskich z niemiecką szkołą w Nortorf. Szczególnie ceniłam możliwość zobaczenia historycznych miejsc landu Schleswig-Holstein, dawne hanzeatyckie miasto Lubeka, nadmorską Kilonię, cudowny skansen archeologiczny czyli osadę wikingów w Haithabu. Zapewne każdy z tej wycieczki przywiózł inne wspomnienia, bo mieszkaliśmy u niemieckich rodzin, każda miała trochę inny charakter. Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale wtedy Niemcy i Polska to był zupełnie inny świat i możliwości. Nasze pokolenie nie miało zbyt wielkiego wyboru jeśli chodzi o modę, jeszcze tak mało było w sklepach, dlatego wszelka alternatywa w wyglądzie była po prostu świetnym rozwiązaniem. Nasi rówieśnicy Niemcy tego nie pojmowali. Zwiedzając Kraków, rozglądali się za McDonaldem, i trudno im było zrozumieć, że w Polsce nie ma czegoś takiego. Kiedy Niemcy przyjechali do Brzeska, zorganizowaliśmy przedstawienie bez użycia słów: romantyczną historię do melodii utworu Enyi. Dużo szarego papieru i kolorowej farby poszło na to, żeby zamieścić kwietną kompozycję na wszystkich drabinkach sali gimnastycznej. Nawet huśtawka opleciona kwiatami tam była.

Uczestniczyłam w dwóch studniówkach, mojej oraz starszego rocznika, gdzie byłam zaproszona jako marszałkowa. Odbyła się w drewnianym hallu Pałacu Goetzów, ponieważ rocznik ten był ostatnim, który zaznał nauki w tym miejscu. Polonez, który rozpoczął się od spłynięcia dziewcząt po drewnianych schodach, był przepiękny. W czasie tej studniówki przygrywała kapela cygańska i nikt nie wiedział, jak tańczyć do czardaszy. Co pół godziny wkraczał DJ i włączał muzykę metalową. Co to był za widok. Nigdy nie zapomnę choreografii długowłosych „kolegów-metali”, którzy „zarzucali grzywami” w tych zabytkowych wnętrzach. Tej nocy była awaria prądu i w pewnym momencie mogliśmy już tylko siedzieć przy stolikach oświetlonych świecami i rozmawiać, to też miało swój klimat.

Nasza studniówka odbyła się w sali „Blaszanki” (obecnie firmy Canpack). Sami sobie stroiliśmy salę. Sami pisaliśmy kabaret. Trzeba było doglądnąć wszystkiego. A ubiór? Białe bluzki, czarne czy granatowe spódniczki. Skromne sukienki, zazwyczaj czarne. Spokojne fryzury, brak makijażu. Moja ciocia podarowała mi stuletnią suknię należącą do jej prababci, długą, z jasnej koronki, z gorsetem usztywnionym fiszbinami. Uznałam, że będzie wystarczająco dobra na studniówkę, bez chodzenia po sklepach. Jako marszałkowa, rozpoczynałam studniówkę ze sceny. Efekt był, tym bardziej, że zwykle ubierałam się w dżinsy i koszule flanelowe albo swetry. Przez długi czas nosiłam króciutką fryzurę „na jeża”, jeszcze zanim modna stała się Sinead O”Connor i jej hit „Nothing comapares 2U”.

A potem były matury. Długie wielogodzinne wypracowania oraz egzaminy ustne. Czekanie. Wyniki wywieszone na tablicach, wszystko jawne.

Pożegnanie szkoły. Pożegnanie nas przez szkołę. Poczucie, że to był dobry czas, choć czasami przecież naprawdę trudny.

Zasiedliliśmy tę nową pustą szkołę naszymi gęstymi emocjami, przyjaźniami, miłościami nie zawsze szczęśliwymi. żartami, anegdotami. Nami.

SABINA JAKUBOWSKA