Poniższe wspomnienia zostały napisane z okazji przypadającej w 2025 roku 115. rocznicy powstania w Brzesku Gimnazjum, przodka obecnego Liceum Ogólnokształcącego.
Już tyle lat minęło…
Że coraz trudniej coś sobie przypominać, kiedy coraz częściej już nie pamięta się, co robiło się dwa dni wcześniej. Zacierają się daty, wręcz znikają z pamięci imiona i nazwiska osób, z którymi jeszcze niedawno spotykało się na różnego rodzaju uroczystościach czy imprezach. Bardzo celnie podsumował ten stan znakomity aforysta Stanisław Jerzy Lec: „Zegar tyka. Wszystkich.”
Do Liceum Ogólnokształcącego w Brzesku, nienoszącego jeszcze obecnego imienia, uczęszczałem w latach 1961 – 1965. Dostałem się do niego po ukończeniu siedmioklasowej wówczas szkoły podstawowej. Rozpoczynając naukę w szkole średniej miałem na karku 13 lat i 7 miesięcy, ponieważ do szkoły podstawowej poszedłem jako sześciolatek. O kolejnych klasach licealnych nie mówiło się tak jak teraz, czyli pierwsza, druga, trzecia, czwarta, tylko ósma, dziewiąta, dziesiąta, jedenasta. Bywało, że nazwę jedenasta, zastępowało się określeniem maturalna. Należało nosić tarczę z nazwą szkolnej przynależności, przyszywaną na lewym ramieniu marynarki bądź swetra. Nie muszę chyba wspominać, że obowiązek ten powodował najrozmaitsze próby jego obejścia, stąd w codziennym użyciu była agrafka. Podobnie jak w szkole podstawowej obowiązywał sześciodniowy tydzień nauki. Nie przypominam sobie, żeby ktoś protestował, kiedy zadawane w sobotę zadania domowe trzeba było odrobić na poniedziałek albo kiedy pisało się po dwa czy trzy sprawdziany w tym samym dniu. Codzienna „dawka” zajęć mieściła się pomiędzy pięcioma a siedmioma lekcjami, do tego dochodziło dobrowolne uczestnictwo w różnego rodzaju tzw. kółkach zainteresowań. Jednym słowem, było co robić.
Nigdy wcześniej nie byłem w pałacu Goetza (tak nazywano wtedy ten obiekt, obecnie funkcjonuje jako Pałac Goetz lub Pałac Goetzów), w którym mieściła się moja nowa szkoła, dlatego pierwsze dni poświęciłem na poznawanie nie tylko jej samej, ale także jej otoczenia. Część wschodnią budynku zajmowało Technikum Ekonomiczne, pozostała należała do „ogólniaka”. Przez całą klasę drugą i chyba trzecią (ach ta pamięć!) miałem zajęcia w jednej ze sal (choć bardziej pasowałoby określenie salka), które zostały wypożyczone od Technikum. Wchodziło się do niej od strony dziedzińca, tym samym wejściem, którym można było dostać się na piętro, gdzie znajdowała się część dziewczęcego internatu oraz mieszkania służbowe zajmowane przez niektórych Państwa Profesorów. Druga część internatu, wraz z mieszkaniami zajmowanymi przez małżeństwo Nowińskich (Pan Profesor Stanisław Nowiński uczył biologii i jednocześnie był kierownikiem internatu) oraz Panią Profesor Annę Pabian, znajdowała się nad centralną częścią pałacu.
Do szkoły można było dostać się, korzystając z dwóch wejść: bocznego i głównego. Pierwsze z nich znajdowało się od strony zachodniej i można nim było dostać się m.in. do: internatu, byłej pałacowej kaplicy, w której panie kucharki trzymały potrzebne im artykuły spożywcze, kuchni, stołówki, pokoju nauczycielskiego, szatni dla dziewcząt, by zakończyć wędrówkę w tzw. hallu kamiennym, aby przejrzeć się w wielkich lustrach na bocznych ścianach, Do tego hallu wchodziło się także przez główne wejście (strona południowa pałacu). Po prawej stronie znajdowała się szatnia dla chłopców oraz jedna klasa. Było także pomieszczenie na ubrania. Jednak zanim wejdziemy przez piękne drzwi na centralny hall pałacu (hall drewniany), cofnijmy się na wspominany wyżej korytarz, by zejść z niego do „hadesu”, czyli szczególnych podziemi. Ich wyjątkowość polegała na tym, że oprócz miejsca, w którym składowano węgiel, urządzono tam ubikację dla chłopców. Ciemność, jaka w nim panowała, była tylko rozjaśniana nieśmiałym dziennym światłem wpadającym przez niewielkie okienka. Oczywiście była także doprowadzona tzw. elektryczność, ale nigdy nie udało mi się zobaczyć zapalonej żarówki, a nawet jeśli coś takiego miało miejsce, to zaraz było pacyfikowane przez osoby najbardziej zainteresowane, czyli przez... tak, tak... palaczy. Dym ze „sportów” czy „giewontów” dodatkowo zaciemniał to miejsce, a wyobrażenie sobie panujących tam połączonych zapachów pozostawię już czytającemu.
Hall drewniany, czyli główna część pałacu, robił naprawdę wrażenie (kto nie wierzy, niech skorzysta ze zdjęć zamieszczonych w Internecie): duża powierzchnia, wielkie oszklone ozdobne drzwi prowadzące do kilku sal, kominek pod lekko skręconymi schodami prowadzącymi na galerię (oczywiście drewnianą) wokół hallu, a nad głowami przeszklona kopuła, będąca źródłem dziennego światła. Na ścianach, wyłożonych ozdobną tkaniną, wisiały obrazy. Dzięki swojej wielkości szczególną uwagę zwracało dzieło Tadeusza Popiela „Branki tatarskie”. Obraz ten wisiał na centralnej ścianie piętra i był widoczny nawet z dołu hallu. Niestety, nie był w najlepszym stanie, w jego prawym dolnym rogu widniała dziura wielkości piąstki dziecka. Inne obrazy (już w lepszym stanie) także były autorstwa znanych polskich malarzy, m.in. Wojciecha Kossaka, Zygmunta Rozwadowskiego, Aleksandra Augustynowicza.
Za kominkiem, po lewej stronie było wejście do sali, która w czasach mojego uczęszczania do szkoły pełniła funkcję sali gimnastycznej, przede wszystkim dla dziewcząt. Na wprost wejścia na hall znajdowała się sala zwana wiśniową, przez którą można było wyjść na duży reprezentacyjny taras i okazałe schody (wspaniałe miejsce do robienia pamiątkowych zdjęć). Prawą część hallu zajmowały dwie sale, z których najbliższa jego wejścia nosiła miano lustrzanej. Była na tyle duża, że mogły się tam bez problemu odbywać próby chóru szkolnego, do którego miałem przyjemność należeć. Na piętrze, po lewej stronie obrazu Popiela, była sala lekcyjna (tutaj zajęcia prowadził Pan Profesor Błażej Palej) oraz dwa małe pomieszczenia: z jednego korzystała biblioteka, z drugiego higienistka zatrudniona na stałe oraz dochodzący na zmianę lekarz i dentysta. Podobny był rozkład pomieszczeń po prawej stronie. Mniejsze było przeznaczone na zajęcia techniczne dziewcząt (zajęcia prowadziła Pani Profesor Janina Starzykowa), a w większym mieściło się królestwo Pani Profesor Zofii Kądzieli, czyli gabinet biologiczny wraz z kantorkiem na preparaty. Idąc piętrem w kierunku południowym, dotarlibyśmy do niewielkich schodów i prosto z nich weszlibyśmy do gabinetu chemicznego, którego gospodarzem był Pan Profesor Jan Schweiger. Na lewo i prawo od tego gabinetu był mały korytarz, którym dochodziło się do czterech klas: po dwie od strony wschodniej (w jednej z nich było niepodzielne królestwo Pana Profesora Czesława Złonkiewicza, czyli gabinet fizyczny) i dwie od zachodu, pomiędzy nimi były zlokalizowane ubikacje: jedna dla dziewcząt, druga dla chłopców.
Wspomniałem o nauce w klasie użyczonej przez Technikum Ekonomiczne. Na wprost jej okien rosły dwie magnolie; jedna kwitła na biało, druga na różowo, ale, kiedy zakwitały, wspaniale pachniały obydwie i to w pewnym sensie rekompensowało nienajlepsze warunki lokalowe, w jakich przyszło nam się uczyć. Przez ostatni rok nauki moją „macierzystą” klasą była sala na pierwszym piętrze od strony zachodniej. Roztaczał się z niej widok na część otaczającego pałac parku, z rozłożystym „drzewem królewskim” pośrodku. Nie wiem, skąd wzięła się ta nazwa, ale drzewo rzeczywiście imponowało swoim wyglądem. A za nim rozciągały się dalsze „hektary” parku. Mieliśmy z okien klasy także „wgląd” na pasiekę, która należała do Profesora Złonkiewicza i, jak to się mówi, była Jego oczkiem w głowie.
Jakieś sto metrów od głównego wejścia do szkoły, idąc w kierunku zachodnim, dochodziło się do średniej wielkości budynku mieszczącego internat dla chłopców, nad którym pieczę sprawował Pan Profesor Jan Ogiela. Niedaleko internatu znajdował się „kompleks sportowy”. Składały się nań: 1/ klepisko o wymiarach zbliżonych do boiska do gry w piłkę ręczną, dwie metalowe bramki, kształtem podobnym do prostokąta miejsce z piaskiem, udające skocznię w dal; 2/ z lewej strony teren lekko się wznosił, dlatego „wycięto” w nim kawałek, na którym umiejscowiono trawiasty plac, przeznaczając go na boisko do gry w piłkę siatkową, a jedna ze ścian tego „wyciętego” wzniesienia służyła za kulochwyt, kiedy w ramach przysposobienia wojskowego odbywało się strzelanie do tarczy z kabekaesu; 3/ hala zwana sportową, przerobiona z dawnej ujeżdżalni koni.
Boisko górne służyło dziewczętom, dolne i hala chłopcom. Jedynym plusem naszego boiska było jego otoczenie, czyli parkowe drzewa i krzaki, choć czasami chwilę trwało odnalezienie w nich piłki. Na powietrze też nie można było narzekać, jednak zdarzało się od czasu do czasu poczuć zapach drożdży i warzonego piwa z pobliskiego browaru, co podobno wyzwalało większą energię dbających o kulturę fizyczną młodzieńców (podobno, bo żadne badania w tym kierunku nie były prowadzone, a przynajmniej nic o tym nie wiem). Oczywiście o rozgrywaniu jakiś zawodów, poza między klasowymi, nie było mowy, dlatego przynajmniej dwa razy w roku szkolnym, zwłaszcza z okazji spartakiad czy mistrzostw powiatu, obie szkolne płcie korzystały z gościnności Okocimskiego Klubu Sportowego i jego stadionu, na którym znajdowały się bieżnia, skocznia, rzutnia, nie wspominając o boisku piłkarskim. Na naszym boisku w parku rozegrałem tylko jeden „uroczysty” mecz. Było to spotkanie w piłkę ręczną, jaki reprezentacja brzeskiego LO, z moim skromnym udziałem, rozegrała z reprezentacją bocheńskiego LO. Wyniku nie pamiętam, ale, jak stwierdził jeden z kibiców, na gościnności nam nie zbywało.
We wspomnieniach o szkole zwykle zwraca się uwagę na wzajemne relacje pomiędzy uczniami a nauczycielami bądź między samymi uczniami. I słusznie, bo właśnie oni są głównymi bohaterami tychże reminiscencji. Jednak, chociaż w głębokim tle, są osoby, które także brały udział w szkolnym życiu każdego z nas. Nie pamięta się ich imion i nazwisk, a także funkcji, jaką pełniły w szkole, a jednak trudno wyobrazić sobie, że byli niepotrzebni. Często nas już nie było w szkole albo jeszcze nie przyszliśmy do niej, kiedy pan palacz, pan woźny czy panie sprzątające zaczynali swój dzień pracy, by stworzyć nam jak najlepsze warunki do nauki. A nie było wtedy takich możliwości technicznych jak obecnie. Nie zapominajmy również o paniach sekretarkach czy paniach stanowiących obsługę kuchenną. Wprawdzie nie korzystałem ze szkolnej stołówki, ale koleżanki i koledzy, którzy tam jedli, nigdy nie skarżyli się na jakość strawy, a z zaopatrzeniem było wtedy różnie.
Pałac to wiele metrów kwadratowych powierzchni, a i kubatura jest solidna. Należało nie tylko odpowiednio zadbać o parkiet, jakim był wyłożony hall i wszystkie pomieszczenia, ale i całość ogrzać. A zimy w tamtych czasach potrafiły dać się we znaki. Bodaj dwa razy miałem kilkudniową przerwę w nauce, bo obfite opady śniegu nie pozwoliły dowieźć na czas węgla, a szkoła z pewnością potrzebowała go ładnych kilkanaście ton. W klasach znajdowały się zakratowane wyloty, którymi dostawało się tłoczone z podziemi ciepło. Niestety, system przy większych mrozach „nie wyrabiał” i zdarzało się, że siedzieliśmy na lekcjach w kurtkach czy płaszczach. Od czasu do czasu panie sprzątające pastowały parkiet, więc chyba nietrudno będzie wyobrazić sobie, ile wysiłku musiały w to włożyć. A przecież należało zadbać także o inne elementy wyposażenia pałacu. Chodziliśmy po szkole w pantoflach lub tzw. juniorkach i nie przypominam sobie, żeby ktoś próbował się z tego obowiązku wyłamać. Tak w klasach, jak i w pozostałych pomieszczeniach, panował porządek, bo sami dbaliśmy o niego. Wszelkie drobne naprawy należały do woźnego szkolnego Pana Kozińskiego (nie zapamiętałem imienia), który i z innych swoich obowiązków wywiązywał się bez zarzutu, a zdarzało się, że przed ciałem pedagogicznym brał w obronę tego i owego, gdy coś przeskrobali.
Jest to zjawisko znane od lat, że zanim podejmie się naukę w danej szkole, zasięga się o niej tzw. języka, ze szczególnym uwzględnieniem kadry pedagogicznej. Po prostu warto zawczasu przygotować się na pewne zwyczaje panujące w placówce oraz poznać „słabostki” przyszłych nauczycieli, zwłaszcza tych uczących wiodących przedmiotów, z których będzie zdawało się egzamin maturalny. Ponieważ przedmioty ścisłe nie były moją mocną stroną, dlatego zakonotowałem w pamięci, że mogę na swojej sztubackiej drodze spotkać „Czesia” i „Witka”. A kiedy zaczynałem we wrześniu 1963 roku naukę w dziesiątej klasie, doszło jeszcze jedno imię, „Wera”. Czesław Złonkiewicz, Witold Stawiarski i Weronika Brzezińska (obecnie Ormiańska) – byli jedynymi nauczycielami, których na co dzień określaliśmy, wzorując się na starszych kolegach, zdrobniałymi imionami. Ale wymawiało się te imiona jakoś tak inaczej niż gdyby chodziło o jakąś koleżankę czy kolegę, bowiem dało się wyczuwać nie tylko sympatię, ale przede wszystkim szacunek. Przynajmniej tak zapamiętałem.
W przypadku Pana Profesora Złonkiewicza nie waham się użyć określenia AUTORYTET.
Pan Profesor uczył fizyki, matematyki i astronomii, przy czy ten pierwszy przedmiot traktował z wielką atencją, często używając pieszczotliwej nazwy „fizyczka”. Pewnego razu podczas przerwy dwóch kolegów z maturalnej klasy postanowiło wyjaśnić jakąś sprawę, rzucając do siebie jabłkami. Stali na piętrze, jeden miał za plecami drzwi do gabinetu chemicznego, drugiemu za tło służył obraz „Branki tatarskie”. W pewnym momencie rozległ się brzęk tłuczonego szkła, bo okazało się, że jabłko jakimś sobie znanym sposobem zboczyło z wyznaczonej ręką rzucającego trajektorii i uderzyło w kandelabr znajdujący się obok obrazu. Znalezienie winowajców nie było trudne. Na zwołanej „w trybie alarmowym” przerwie odbył się apel, na którym zgromadziła się cała szkolna społeczność. Kierujący się wyrozumiałością dla młodzieńczych fantazji podopiecznych Pan Dyrektor Zbigniew Starzyk zaczął oczywiście od napiętnowania czynu, potem przeszedł do opisywania, dlaczego nie powinno się tak robić, a potem chciał jeszcze coś dodać, ale zanim zaczął dalej mówić, przerwał mu Jego zastępca, czyli Profesor Złonkiewicz: „Przepraszam panie dyrektorze, ale ja za chwilę mam fizyczkę… Iksiński i Igrekowski wystąp, proszę o legitymacje szkolne, macie dwa tygodnie urlopu, a po nim zdajecie u mnie całość materiału. Odmaszerować!” W absolutnej ciszy, jaka zapanowała na hallu, delikwenci wręczyli Profesorowi legitymacje i bez słowa opuścili szkołę. Obaj pochodzili ze znanych i szanowanych w Brzesku rodzin, ale dla Pana Złonkiewicza nie było tzw. świętych krów. Nie słyszałem także o żadnej interwencji w tej sprawie z jakiejkolwiek strony. Pan Złonkiewicz cieszył się również autorytetem wśród rodziców. Takie to były czasy!
Profesor lubił góry, a że był wytrawnym turystą, miałem okazję przekonać się, kiedy zacząłem dziesiątą klasę i jesienią wybraliśmy się na trzydniową klasową wycieczkę w Pieniny. Zaczynała się w wąwozie Homole koło Szczawnicy-Krościenka a miała zakończyć się w Nowym Targu. Zdecydowaną większość tej trasy przeszliśmy pieszo. Wyposażeni w plecaki, w których oprócz prowiantu mieliśmy zapasowe ubrania, buty i koce (spaliśmy w stodołach u znanych profesorowi gospodarzy), autobusem dotarliśmy w godzinach rannych do Szczawnicy, by rozpocząć wędrówkę. Po przejściu prześlicznego wąwozu rozpoczęły się pierwsze problemy. Słabszym fizycznie koleżankom zaczęły ciążyć plecaki, dlatego wzięliśmy je od nich i dźwigaliśmy razem z naszymi. Jednak przy podejściu na Sokolicę paru kolegów zaczęło wyraźnie zdradzać oznaki zmęczenia, a to sapiąc, a to przystając, że o ponadwymiarowym poceniu się już nie wspomnę. Im bliżej szczytu, tym problem stawał się poważniejszy, i to w sytuacji, kiedy reprezentanci przedwojennego pokolenia w osobach Pani Profesor Emilii Czumy (wychowawczyni mojej klasy) i Profesora Złonkiewicza, szli, jakby byli na spacerze w goetzowskim parku. Profesor uśmiechał się tylko pod wąsem, krótko komentując zaistniałą sytuację swoim charakterystycznym tubalnym głosem: „Papieroski, panowie, papieroski... co?!” Był zagorzałym przeciwnikiem papierosów i biada „hadesowym” palaczom, którzy nie mieli szczęścia i wpadli w ręce „Czesia”. Pytanie na „fizyczce” mieli jak w banku. A wracając do wycieczki, to muszę napisać, że pogoda przez te trzy dni była wspaniała, Pan Złonkiewicz prowadził nas przez najpiękniejsze miejsca i tak gospodarował czasem, że mogliśmy, pomimo rosnącego z każdym dniem zmęczenia, zobaczyć wszystko, co zaplanowaliśmy. Późnym wieczorem wróciliśmy pociągiem z Nowego Targu do Brzeska i choć minęło już tyle lat, to do dziś uważam te trzy dni za jedne z najwspanialszych przeżyć, jakich doświadczyłem w liceum.
Z racji pszczelarskich zamiłowań Profesora brać szkolna dzieliła się u Niego na „pszczółki” i „trutnie”, rzadziej „robaczki”; chyba nie trzeba wyjaśniać kto kim był? Kiedy tylko można było pojeździć na nartach, Pan Czesław zakładał je i rekreacyjnie poruszał się na nich po parkowych wzniesieniach. Na szkolnym dziedzińcu stały dwie latarnie. Obie postawione za czasów barona Goetza. Pewnego razu, kiedy rano przyszliśmy do szkoły, zauważyłem, że jedna z nich leży, a nieopodal znajdują się ślady nart. Zażartowałem w szatni, że widać „Czesio” musiał z tą latarnią mieć jakiś kontakt, kiedy jeździł na nartach. Usłyszał to Pan Profesor Jan Ogiela (mieliśmy z Nim lekcje wf) i śmiejąc się, powiedział to Panu Złonkiewiczowi, który akurat wchodził do szkoły. Usłyszałem tubalne: „Gdzie jest ten truteń?”, i... na wszelki wypadek zacząłem przypominać sobie, o czym ostatnio była mowa na „fizyczce”. A jak tu nie pamiętać obserwacji nieba, odbywanych w ramach astronomii. Spotykaliśmy się przy wielkich schodach, prowadzących na pałacowy taras. Zajęcia były całkowicie dobrowolne, ale kto chciałby odmówić sobie takiej gratki, zwłaszcza że były to zajęcia koedukacyjne, w dodatki prowadzone przy rozgwieżdżonym niebie.
Obowiązywały cztery oceny: dwa – niedostateczny, trzy – dostateczny, cztery – dobry, pięć – bardzo dobry. Pan Profesor dodatkowo wprowadzał, przynajmniej na „fizyczce”, graficzne oznaczenie uczniowskiej wiedzy w postaci „węża”. Podobno niedostateczny to nic w porównaniu z „wężem”, taka przynajmniej opinia krążyła po szkole. Do końca nie rozgryźliśmy, na czym właściwie polegała rola owego „węża”, ale w praktyce okazało się, że na jedno wychodzi, bo czy masz w dzienniku dwóję, czy „węża”, to z „fizyczki” coś trzeba było umieć. Z tego, co wyżej napisałem, można wyciągnąć wniosek, że „Czesio” to jakiś belferski tyran, który prześladuje „pszczółki” oraz „trutniów” „wężami”, ciągłym odpytywaniem czy staniem na baczność, by w ten sposób wymusić posłuszeństwo i szacunek. Nic bardziej mylnego. Nie podnosił głosu, nie robił nic szczególnego, a bez problemu docierał do nas, byśmy wydane polecenie wykonali bez ociągania i komentarzy. Nie słyszałem, żeby ktoś powtarzał klasę z powodu ocen niedostatecznych otrzymanych od Pana Złonkiewicza, a często to właśnie Jemu uniknięcia tej najniższej na świadectwie oceny zawdzięczała dość spora gromadka podopiecznych. Wiem, że także wśród grona pedagogicznego cieszył się poważaniem, doceniły Profesora także ówczesne władze: „Cz. Złonkiewicz był pedagogiem niezwykle prawym, sumiennym i wymagającym za co został odznaczony m.in. Złotą Odznaką Związku Nauczycielstwa Polskiego (1967), Złotym Krzyżem Zasługi (1968) i Krzyżem Kawalerskim (1974).” [1]
Powszechnym szacunkiem cieszyła się też małżonka Pana Czesława, Pani Profesor Elżbieta Złonkiewiczowa, świetna germanistka. Zapamiętałem Ją nie tylko dlatego, że była bardzo dobrym nauczycielem, ale przede wszystkim dlatego, że służyła nam dobrymi, można powiedzieć matczynymi, radami. Choć na pewno miała własne problemy, to na zajęciach widzieliśmy ją uśmiechniętą, zawsze z życzliwością traktującą każdą/każdego z nas. Zajęcia z Panią Złonkiewiczową miałem w dwóch ostatnich klasach liceum. Jeden jedyny raz zdarzyło się, że uczeń nieładnie zachował się wobec Pani Profesor, niestety, to był nasz klasowy kolega, nazwijmy go Zetowski. Po tylu latach już nie przypominam sobie szczegółów, ale musiało to być coś poważnego, skoro Pani Elżbieta rozpłakała się i wyszła z klasy. W ciszy dotrwaliśmy do dzwonka. Podczas przerwy Zetowski odbył „przyjacielską” pogawędkę z naszym dość krewkim kolegą, i widać była to owocna rozmowa, bo na najbliższej lekcji języka niemieckiego, kiedy Pani Profesor była już w klasie, najpierw zobaczyliśmy w drzwiach ogromny bukiet kwiatów, a za nim ze skruszoną miną Zetowskiego, który przeprosił Panią Elżbietę w nauczanym przez Nią języku.
Lekcje matematyki z Panem Profesorem Witoldem Stawiarskim zawsze dostarczały wrażeń, bo nigdy nie było wiadomo, co wymyśli „Witek”. Wszystko zależało od tego, w jakim był humorze. Jak niezbyt dobrym, to pytanie przy tablicy było obowiązkowe, przy czym można się było dowiedzieć, że jest się „ciemną masą”, ale dobre samopoczucie Profesora zwiastowało świetne wytłumaczenie matematycznych zawiłości. O ile podczas pierwszego roku nauki z obawami czekaliśmy na spotkanie z „Witkiem”, to w dwóch następnych, już czując się „starą gwardią”, traktowaliśmy lekcje matematyki jako najnormalniejsze z normalnych, bo już wiedzieliśmy, że w końcowym rozrachunku Pan Witold nikomu krzywdy nie zrobi. W klasie maturalnej Profesora Stawiarskiego zastąpił Pan Profesor Stefan Bystrzyński.
Średnia wieku grona pedagogicznego w czasie, kiedy uczęszczałem do liceum, oscylowała około „pięćdziesiątki z plusem”, dlatego duże poruszenie wśród uczniowskiej społeczności wywołał zastrzyk tzw. świeżej krwi, bowiem we wrześniu 1963 roku powitaliśmy dwie młode panie, które zaraz po ukończeniu studiów postanowiły popróbować nauczycielskiego fachu. Pani Profesor Weronika Brzezińska (obecnie Ormiańska) przejęła obowiązki mojego dotychczasowego nauczyciela języka rosyjskiego Pana Profesora Mieczysława Kurka, którego wspominam z dużym sentymentem, ceniąc w Nim, tak ważne w zawodzie nauczycielskim, spokój i opanowanie oraz bardzo życzliwe podejście, ale bez poufałości, do ucznia. Pani Brzezińska szybko została „ochrzczona” „Werą”, choć ze względu na nauczany przedmiot bywała także „Wierą”, co wymawiała ze szczególną sympatią, biorąca udział w szkolnym trudzie, płeć brzydka. Czas na lekcjach z Panią Profesor biegł jakby szybciej, bo „skracały” go: nauka piosenek, czytanie rosyjskich czasopism, żarty i luźne rozmowy o naszym uczniowskim życiu, te ostatnie już w ojczystym języku.
Wiodącego przedmiotu maturalnego, czyli języka polskiego nie obawiałem się, bo byłem dość oczytany, nie miałem większych problemów z napisaniem przysłowiowych kilku zdań na jakiś literacki temat, ortografię też miałem opanowaną w stopniu wystarczającym na maturalne wypracowanie, a poza tym przedmiot ten miałem ze znakomitą polonistką – Panią Profesor Heleną Bereziuk. Dzięki ogromnej wiedzy i wrażliwości potrafiła Pani Helena zainteresować historią obcej i rodzimej literatury dosłownie wszystkich, a nie tylko zdradzających zdolności humanistyczne. Pani Bereziuk była niewysoka, nie dysponowała mocnym głosem, ale na Jej zajęciach panowały cisza i skupienie, bo, po pierwsze wiedzieliśmy, że wszystko, o czym jest mowa, może być przydatne na maturze, a po drugie wymagał tego szacunek, jakim darzyliśmy naszą polonistkę.
Ostatnim egzaminem, kończącym moją maturę, była ustnie zdawana geografia, kolejny przedmiot, który bardzo lubiłem. Zamiłowanie do historii i geografii zawdzięczam w dużej mierze ojcu, który też lubił te dwie dziedziny, i który dbał o to, żeby w naszej domowej bibliotece, obok encyklopedii oraz różnych słowników, nie zabrakło książek o tematyce historycznej i geograficznej. Kolejnym nauczycielem, który dbał o rozwijanie mojej geograficznej wiedzy, był Pan Profesor Błażej Palej. Na Jego lekcjach mapy, globus, roczniki statystyczne i przedmiotowe referaty, przygotowywane przez nas, to były rzeczy wręcz obowiązkowe, a dzięki temu nigdy nie było nudy. Dyscyplina na zajęciach z Panem Profesorem była wręcz wzorowa, między innymi także dlatego, że Pan Palej prowadził z nami przysposobienie wojskowe. Kto ma jakiekolwiek pojęcie o wojsku, ten łatwo wyobrazi sobie, jakie elementy omawiane i fizycznie przerabiane na lekcjach, oczywiście na poziomie szkoły średniej, mogły odgrywać decydującą rolę w utrzymaniu wspomnianej dyscypliny.
Starszym kolegom oraz Panu Profesorowi Palejowi zawdzięczam jedną z najlepszych przygód, jaka spotkała mnie w liceum. Koledzy z maturalnej klasy wygrali zawody dla szkół średnich, organizowane przez krakowski oddział Ligi Obrony Kraju. Konkurencja polegała na przebiegnięciu przez trzyosobowy zespół (patrol) 1500 metrów w terenie z różnorodnymi naturalnymi przeszkodami. Każdy z uczestników miał na wyposażeniu karabinek kbks i maskę przeciwgazową. Podczas biegu trzeba było pokonać pewien odcinek, czołgając się pod drucianymi zasiekami, przebiec kolejny odcinek w masce przeciwgazowej, wykonać trzy rzuty granatem obronnym do celu i oddać trzy strzały z karabinka do tarczy oddalonej o 50 metrów. Czas biegu oraz punkty uzyskane w poszczególnych konkurencjach przez wszystkich trzech członków patrolu dawały ogólny wynik. Nagrodą dla zwycięzców miał być udział w międzynarodowych zawodach, organizowanych przez Czechosłowację na Przełęczy Dukielskiej, dla uczczenia kolejnej rocznicy walk, jakie stoczono tam w czasie II wojny światowej. Koledzy – zwycięzcy nie mogli wziąć udziału w tych zawodach, bo nie byli już uczniami, gdyż złożyli egzamin maturalny. W ich miejsce Profesor Palej wyznaczył mnie oraz dwóch moich kolegów z równoległej klasy, widać docenił nasze umiejętności i możliwości. Dziewczęta z wadowickiego liceum wygrały zawody wojewódzkie, więc razem z nimi oraz opiekunami z wadowickiej Ligi Obrony Kraju pojechaliśmy autobusem do Dukli. Mieszkaliśmy w wojskowych namiotach i żywiliśmy się we własnym zakresie. Nasi opiekunowie, którymi byli instruktorzy LOK, zabrali ze sobą wszystkie potrzebne do tego rodzaju życia sprzęty, dlatego mogliśmy korzystać z ciepłej strawy, a wspólne wieczorne biesiadowanie przy ognisku miało swój niepowtarzalny urok. Ponieważ przyjechaliśmy kilka dni przed zawodami, był czas na zwiedzenie Preszowa (obecnie Słowacja) i kupienie drobnych pamiątek (był to mój pierwszy zagraniczny wyjazd). Oprócz nas oraz przedstawicieli gospodarzy, udział w tej imprezie wzięli także licealiści z Niemieckiej Republiki Demokratycznej, mogę zatem uważać, że były to zawody międzynarodowe. Wprawdzie ani my, ani dziewczyny z Wadowic nie zajęliśmy miejsca na tzw. pudle, ale wstydu szkołom też nie przynieśliśmy.
Uroczystości szkolne „z okazji” to przeważnie podniosłe wydarzenia pełne powagi, którą dodatkowo podkreśla obecność tzw. oficjeli mniejszego lub większego szczebla. Ale są też uroczystości mniejszej rangi, które określiłbym jako wewnątrzszkolne, na przykład początek roku szkolnego lub jego zakończenie. Tutaj obecność z reguły ogranicza się do obecności kadry nauczycielskiej, przedstawicieli komitetu rodzicielskiego, no i oczywiście młodzieży. Bodaj podczas dwóch lat mojego licealnego żywota przedstawicielem rodziców był niezwykle sympatyczny Pan Kazimierz Przybyś, z zawodu adwokat. Kiedy swoje wystąpienie zaczynał Pan Kazimierz, cały „hall” był już w poważnym nastroju, w który wcześniej został wprowadzony wystąpieniem Pana Dyrektora, ale często nastrój ten pryskał, bo Pan Przybyś, jak to adwokat, nie tylko mówił bardzo kwieciście, ale zdarzało Mu się, zapominać, gdzie się znajduje, i kolejną frazę zaczynał od słów: „I proszę Wysokiego Sądu”, co, biorąc pod uwagę siedzących w pierwszym rzędzie Dyrekcję i Nauczycieli, wywoływało każdorazowo szczególny aplauz wśród pozostałych zgromadzonych.
Zajęcia z chemii prowadził Pan Profesor Jan Schweiger, który starał się pokazywać poprzez różne doświadczenia wpływ tej dziedziny nauki na nasze codzienne życie. Mimo to chemia nie należała do moich ulubionych przedmiotów w przeciwieństwie do historii. Lekcje miałem z Panią Profesor Stanisławą Wawrykiewicz, choć muszę przyznać, że ze względu na sposób prowadzenia zajęć i metodę odpytywania, z Panią Profesor, jak to się dzisiaj mówi, nie było mi po drodze. Szczególnie interesowałem się historią Polski XX wieku, a poznawałem ją dwutorowo: z oficjalnych podręczników i z opowiadań mojego ojca – absolwenta przedwojennego gimnazjum a w czasie II wojny światowej oficera Armii Krajowej. Przed Panią Profesor Elżbietą Złonkiewiczową zajęcia z języka niemieckiego miałem z Panią Profesor Anną Pabian, która włożyła wiele wysiłku, żebyśmy potrafili porozumieć się w tym języku choćby na podstawowym poziomie. Pani Anna była delikatnej natury, dlatego nigdy nie podnosiła na nas głosu i z dużą wyrozumiałością wysłuchiwała naszego dukania w języku zachodniego sąsiada. Przeciwieństwem Pani Pabian była biolożka – Zofia Kądziela. Nie pamiętam uśmiechu Pani Profesor na lekcji czy powiedzenia przez Nią czegoś weselszego, co nie znaczy, że na zajęciach z biologii panowała jakaś grobowa atmosfera. Pani Kądziela bardzo poważnie traktowała swój przedmiot i może dlatego uważała, że żart lub śmiech są niewłaściwe, kiedy rozmawiało się o pantofelku, stułbi czy rozwielitku. Muszę szczerze powiedzieć, że lekcje biologii były dla mnie koniecznością, w której trzeba było brać udział i jakoś przetrwać. Sympatyczne były zajęcia praktyczne z Panem Profesorem Bronisławem Skrobotowiczem. Choć były prowadzone w jakimś nieopalanym w zimie i bardzo ciasnym pomieszczeniu, to panująca luźna atmosfera i przeświadczenie, że wykonujemy przydatne rzeczy, rekompensowały wszystko. A robiliśmy na przykład drewniane miniaturowe znaki drogowe, które trafiały do szkół podstawowych, karmniki dla ptaków czy jakieś drobne pomoce naukowe. Pan Profesor Skrobotowicz prowadził także chór szkolny, do którego należałem, będąc dwa razy jego solistą. Próby odbywaliśmy raz w tygodniu, oczywiście po lekcjach, uczyliśmy się pieśni ludowych, patriotycznych i tzw. okolicznościowych, które prezentowaliśmy na szkolnych akademiach, a raz uświetniliśmy powiatowe obchody Święta Pracy, śpiewając w kinie „Bałtyk”.
Mieliśmy także coś w rodzaju wychowania muzycznego. Jeśli dobrze pamiętam, to raz w miesiącu przyjeżdżali do nas artyści reprezentujący Filharmonię Krakowską. Za każdym razem był inny temat, który w sposób lekki, łatwy i przyjemny rozwijała pani prelegentka, a „ilustrowały” go występy krakowskich artystów: śpiewaków i instrumentalistów. Dzięki temu miałem okazję na przykład posłuchać słynnej arii z kurantem ze „Strasznego dworu” Stanisława Moniuszki, wykonanej przez Romana Węgrzyna, późniejszego czołowego tenora Teatru Wielkiego w Warszawie czy „Czardasza” Montiego w porywającej interpretacji Andrzeja Dąbrowskiego (znany perkusista, piosenkarz, kierowca rajdowy) na ksylofonie. Spotkania te dostarczały mi niezapomnianych wrażeń.
„My”, czyli klasa „b” 1961 – 1965. Zaczęliśmy naukę chyba w 22-osobowym składzie, z równym podziałem na dziewczęta i chłopców. Przeważali przedstawiciele środowiska wiejskiego, ale nigdy nie zdarzyło się, żeby z tego powodu ktoś komuś coś wypominał czy ubliżał. Oczywiście, tworzyły się tzw. towarzystwa, jedni lubili się bardziej, inni mniej, jednak ogólnie rzecz biorąc, panowała zgoda i zawsze mogliśmy liczyć na wzajemną pomoc, zwłaszcza koleżanek, które jako osoby bardziej odpowiedzialne oraz pilniejsze, z reguły miały odrobione zadania, a i lepiej potrafiły przygotowywać się do lekcji. Spora część klasy dojeżdżała i choć warunki transportu nie rozpieszczały, zwłaszcza zimą, spóźnienia w czasie tych czterech lat należy zaliczyć do sporadycznych.
Bodaj w połowie dziewiątej klasy doszło do nas pięciu nowych uczniów, którzy wcześniej uczęszczali do tarnowskiego tzw. małego seminarium, które już zlikwidowano lub które w najbliższym czasie miano zlikwidować. Chłopcy pochodzili z miejscowości leżących niedaleko Brzeska, dlatego skierowano ich do naszego liceum. Nie dziwię się, że przez pierwsze tygodnie chłopcy ci czuli się niezbyt pewnie, z dużym trudem przychodziło nam nawiązywanie kontaktu, ale z czasem wszystko znormalniało, jeśli mogę tak powiedzieć, bo zaczęli się zachowywać, jakby od początku byli z nami. Nawet wcześniejszy dystans do koleżanek też trochę się skrócił. A po wakacjach to już byli „nasi” w pełnym tego słowa znaczeniu, także jeśli chodzi o stosunek do nich kadry pedagogicznej, która na początku traktowała ich ulgowo ze względu na konieczność nadrabiania przez nich materiału, ale w dwóch ostatnich klasach taryfy ulgowej już nie było. I tu muszę napisać o czymś, co było starannie ukrywane przez dyrekcję szkoły, ale jakoś znalazło dotarcie do wcześniej niewtajemniczonych. To było polecenie odgórnych władz, żeby rozeznać, jakie będą zamiary owej piątki chłopców po zdaniu matury; bo gdyby deklarowali powrót do seminarium, to należało utrudnić, a nawet uniemożliwić, zdanie egzaminu maturalnego, a jeśli złożą podania do świeckich uczelni, należało ułatwić im zdawanie. Chcąc nie chcąc, dyrekcja musiała to polecenie realizować, przekazując je gronu pedagogicznemu. Każdy z nas wypełniał coś w rodzaju deklaracji, w której musiał podać, co będzie robił po zdaniu matury, czy będzie chciał studiować, czy podejmie pracę. Ręki bym sobie nie dał uciąć, ale to chyba nasza klasowa wychowawczyni, Pani Profesor Emilia Czuma, dyskretnie „namówiła” całą piątkę do oświadczenia, że będą kandydować na cywilne wyższe uczelnie. Tak też zrobili i egzamin maturalny poszedł im jak z przysłowiowego płatka. Z owej piątki dwóch kolegów wróciło do seminarium, a trzej rozpoczęli wyższe studia.
Z opiekunem klasy, Panią Profesor Emilią Czumą, nie miałem zbyt częstego kontaktu. Pani Emilia prowadziła zajęcia wychowania fizycznego z dziewczynami, więc nasze spotkania ograniczały się w praktyce do lekcji wychowawczych. A te, podobnie jak chyba obecnie, zaczynały się od czynności administracyjnych, czyli rozliczania nieobecności oraz ewentualnych uwag odnośnie naszego zachowania, wpisanych do dziennika lekcyjnego przez nauczycieli albo zgłoszonych wychowawczyni klasy ustnie. Pani Czuma była osobą zasadniczą, więc, kiedy coś przeskrobaliśmy, nasze tłumaczenia przyjmowała mniej więcej w ten sposób: „Masz rację, ale teraz zrobisz to i to...!”, no i dalszej dyskusji nie było. Od czego jednak są „przecieki” z rad pedagogicznych? Dzięki nim dowiedzieliśmy się, że kiedy trzeba było, Pani Profesor broniła nas z całych sił.
Zaczynając pisać te wspomnienia, popatrzyłem do spisu absolwentów liceum, którzy w 1965 roku złożyli egzamin maturalny. Chciałem przypomnieć sobie imiona i nazwiska koleżanek i kolegów, uczęszczających do klasy „b”. Czytając poszczególne nazwiska, starałem się wywołać w pamięci wizerunek danej osoby i muszę przyznać, że udało mi się to prawie w stu procentach (psychologia jakoś tłumaczy to zjawisko). Po maturze jedni z nas podjęli studia, inni znaleźli pracę w urzędach czy zakładach pracy, kilka osób wyjechało za granicę. Jeśli chodzi o mnie, to po ukończeniu filologii polskiej w krakowskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej (obecnie Uniwersytet Komisji Edukacji Narodowej) w 1971 roku, w tym samym roku zacząłem pracę w Technikum Mechaniczno-Elektrycznym w Brzesku (obecnie Zespół Szkół Technicznych i Branżowych), by w 1986 roku zasilić szeregi nauczycieli Szkoły Podstawowej Nr 1, przekształconej w 1999 roku w Gimnazjum Nr 1, by z tej ostatniej placówki przejść w 2004 roku na emeryturę.
Od mojej matury minęło w tym roku 60 lat i chociaż dołożyłem wszelkich starań, aby powyższe wspomnienia były jak najbardziej zgodne z prawdą, to może znajdzie się uczestniczka czy uczestnik tamtych wydarzeń, kto inaczej je odebrał i zinterpretował, dlatego z góry przepraszam, a całe moje wytłumaczenie jest zawarte w treści pierwszego akapitu.
Jacek Filip
absolwent Liceum Ogólnokształcącego w Brzesku
rocznik 1965
[1] Wyczesany J., notki biograficzne, 90 lat Jubileusz














